piątek, 31 grudnia 2010

Dziś żegnamy 2010....

Wszyscy dookoła zadają sobie pytania - czy ten rok był udany, czy spełniły się nasze życzenia wymyślone w roku poprzednim, czy poznaliśmy nowych ludzi, czy nasi szczerzy przyjaciele są nadal naszymi przyjaciółmi, czy układało nam się w pracy, w miłości i tak dalej i tak dalej.... 

Dla nas ten rok również był obfitujący w różne wydarzenia... i te piekne, których nie zapomnimy do końca życia i te niezbyt przyjemne, z którymi musieliśmy się uporać. Jednak w tym roku podeszliśmy dość beztrosko do jakichkolwiek poważnych podsumowań... całkowicie oddaliśmy się świątecznemu szaleństwu z rodziną i najbliższymi przyjaciółmi (nawet jeśli kontaktowaliśmy się z nimi tylko na skypie ze względu na dzielące nas tysiące kilometrów)... Śmiem nawet przyznać, że jest tak uroczo i radośnie, iż zapomnieliśmy z Jarkiem o całym bożym świecie.... heheheheh... 

Jest jednak jedna rzecz, o której chcielibyśmy wspomnieć - dzisiejszego dnia rok temu zrodził się pomysł prowadzenia tego bloga i chęć podzielenia się z Wami naszymi kulinarnymi podróżami i refleksjami.... i tak właśnie 31 grudnia 2009 roku powstały Kulinarne Impresje :) I choć pierwszy post pojawił się 2 stycznia 2010 to jednak prace przygotowujące blog do zaistnienia w sieci odbywały się już od sylwestrowego popołudnia. Aby uczcić tą okoliczność, przygotowujemy dla naszych czytelników małą niespodziankę... ale dziś nic nie powiemy...pssss...

Teraz stroimy się do szampańskiego przywitania Nowego Roku... 2011... jaki on będzie? Nie wiemy....

Ale życzymy sobie i wszystkim czytelnikom Kulinarnych Impresji, wystrzałowego wieczoru oraz wspaniałego i pomyślnego Nowego Roku 2011. Niech obfituje w same pozytywne wibracje oraz nowe, jeszcze ciekawsze przygody kulinarne....

Do zobaczenia w Nowym Roku!!!
Daria & Jarek



wtorek, 28 grudnia 2010

Ach, co za Święta! 

Duża ilość smakowitych tradycyjnych polskich potraw, świetne towarzystwo, niekończące się rozmowy przy stole, choinka, życzenia, prezenty... wszystko to, co w Świętach kochamy najbardziej... 
Po spałaszowaniu wszystkich resztek z wigilijnego menu, przyszedł czas na zmianę klimatu kulinarnego... dziś indyjsko! Jarkowa impresja jakiegoś przypadkowego przepisu, który kiedyś zauroczył go na jednej ze stron internetowych. Pozwoliliśmy sobie nazwać to danie zwyczajnie....

Kurczak po indyjsku - Jarkowa inspiracja

Składniki:
3 średniej wielkości filety z kurczaka
2 łyżki stołowe kurkumy
1 łyżka kminu rzymskiego
duża garść świeżej kolendry
sól 
6 ząbków czosnku
3cm świeżego korzenia imbiru
1/2 szklanki jogurtu greckiego
1/2 łyżeczki płatków chilli
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
1 mała czerwona cebula
2 łyżki przecieru pomidorowego
1 łyżka oliwy z oliwek (do marynaty)
3 łyżki oleju słonecznikowego (do smażenia)
sok z połowy cytryny

Przygotowanie ryżu:
1 szklanka ryżu basmati
przyprawa 'pilau rice' (opcjonalnie)

Sałatka:
1 duży ogórek 
1/2 szklanki jogurtu greckiego 
garść świeżej mięty
2 łyżki soku z cytryny
1 ząbek czosnku (wyciśnięty przez praskę)
kilka gałązek świeżej kolendry do dekoracji

Marynata do mięsa:
Do miseczki wlewamy sok z połowy cytryny (zostawiamy 1 łyżkę soku na później). Dodajemy 1 łyżkę kurkumy w proszku, słodką paprykę, przeciśnięty przez praskę czosnek, drobno posiekany imbir i kolendrę. Dodajemy szczyptę soli i 1 łyżkę oliwy z oliwek. Całość dokładnie mieszamy i dodajemy pokrojone w kostki kawałki filetów z kurczaka. Odstawiamy na pół godziny. 

Rozgrzewamy na patelni olej i podsmażamy na niej kurczaka. Następnie odkładamy kurczaka do miseczki. Na pozostałym na patelni oleju podsmażamy drobno posiekaną czerwoną cebulę, dodajemy pozostałą część kurkumy, kminu rzymskiego i płatków chilli. Po minucie dodajemy przecier pomidorowy oraz pozostałość soku z cytryny i po kolejnej minucie dodajemy około 1 szklanki wody. Mieszamy wszystko i nie przerywając dodajemy stopniowo jogurt grecki. Opruszamy szczyptą soli do smaku i dodajemy kurczaka. Całość mieszamy i przykrywamy pokrywką. Zmniejszamy ogień i zostawiamy pod przykryciem na około 15 minut mieszając od czasu do czasu. 
W oddzielnym garnku gotujemy ryż w proporcjach 1 szklanka ryżu na 2 szklanki wody. Do ryżu dodajemy 2 łyżki przyprawy 'pilau rice'. Na małym ogniu, pod przykryciem dusimy ryż przez około 10 -12 minut. Następnie wyłączamy palnik i zostawiamy na kolejne 5-10 minut do wchlonięcia całej wody. 
W międzyczasie przygotowujemy sałatkę z ogórków i jogurtu greckiego, oraz pozostałych składników. Będzie ona świetnie towarzyszyć naszemu daniu.


Życzymy smacznego i wszystkim, którym nie udało nam się złożyć świątecznych życzeń, teraz je składamy!!! 


środa, 22 grudnia 2010

No właśnie.... na wszystkich kulinarnych blogach na dobre zawitały już Święta... przeglądając kolejne strony moich ulubionych blogowiczek i blogowiczów nie mogę wyjść z zachwytu... życzenia, piękne zdjęcia, pyszne przepisy, a z każdym z nich zapach... wręcz unosi się w pamięci jak ten kiedy siedziałam w kuchni jako dziecko i podglądałam mamę jak pichci te wszystkie wigilijne pyszności. Właśnie z tymi zapachami moich ulubionych potraw (nie z prezentami) kojarzą mi się Święta Bożego Narodzenia...
To pierwsze Święta na naszym blogu i mamy nadzieję, że nie ostatnie! Przygotowania do Wigilii trwają jak co roku prężnie... ale w tym roku jakby piękniej i radośniej... A to za sprawą obecności.... Mamy!!! Jak to bywa z życiem na obczyźnie, nie zawsze mamy okazję spędzać Święta z najbliższymi. Ale w tym roku jest inaczej! Dlatego będą to jedne z tych bardziej wyjątkowych i tych, które pamiętam z dzieciństwa, kiedy to wszyscy biegali po domu, ktoś ubierał choinkę, ktoś robił ostatnie zakupy a Mama dzielnie stała na czele całego tego zamieszania.... :) Przy naszym stole wigilijnym zagości w tym roku również kilku przyjaciół, którym nie dane było spędzać Świąt w rodzinnych domach, ale przyrządzą swoje własne domowe smakołyki, z ktorych pełne sprawozdanie zamieścimy już niedługo.


Dziś postny pasztet z łososia, który podpatrzyłam u Patrycji.

Pasztet z łososia
50g masła
papryczka chilli w proszku
świeżo mielony czarny pieprz
2 łyżeczki sosu rybnego (Nam Pla)
2 łyżeczki sosu ostrygowego
szczypta soli
4 spore filety z łososia ok. 700-750g (bez skóry i ości)
100ml białego wina
1-2 łyżeczek octu balsamicznego
kurkuma
3 średnie słodkie ziemniaki (ok.400-450g)
3 jajka


Słodkie ziemniaki obrać i ugotować. Pozostawić do przestygnięcia.
W rondlu rozpuścić masło, dodać szczyptę chilli, po chwili sos rybny i ostrygowy, dokładnie wymieszać.
Dodać filety łososia, przekrojone na pół, posypać je szczyptą soli, wlać białe wino, po chwili dodać kurkumę (na czubku noża) i potrząsnąć garnkiem, by połączyć składniki sosu. Garnek przykryć.
Rybę gotować na małym ogniu, aż będzie miękka, wtedy zdjąć pokrywkę, płomień zwiększyć na średni i gotować, aż sos lekko zgęstnieje i zmniejszy swoją objętość o połowę.
Rybę pozostawić do przestygnięcia.
Letniego łososia dokładnie rozgnieść widelcem (nie miksować!) wraz z sosem, w którym się dusił (zanim doda się żółtka masa powinna być letnia lub prawie zimna).
Dodać żółtka i dokładnie wymieszać, masa zgęstnieje i stanie się gładka.
Dodać ostudzone słodkie ziemniaki, rozgnieść je widelcem, aż cała masa się połączy.
Masę doprawić do smaku chilli (ok.2szczypty) i świeżo mielonym czarnym pieprzem (ok.1 szczypty) oraz odrobiną sosu rybnego (do smaku), ponownie dokładnie wymieszać, dodać ocet balsamiczny lub winny, wymieszać i dodać odrobinkę kurkumy, ponownie wymieszać. Białka ubić na sztywną pianę i dodawać do partiami do masy rybnej. Delikatnie wymieszać i przełożyć do lekko natłuszczonej foremki wyłożonej pergaminem. Piec w 180-190st.C przez 1 godz.
Pozostawić w foremce do całkowitego ostygnięcia.
Podawać z ulubionymi sosami, najlepiej na bazie jogurtu. Choć my użyliśmy sosu creolskiego chilli.

Życzymy Wam smacznego i spokojnej nocy. :) 

wtorek, 14 grudnia 2010


Gulasz jest bez wątpienia jedną z tych potraw, które obok bigosu, kapuśniaku czy beefstrogonowa są znane i lubiane przez niemalże wszystkich. Podobnie jak pozostałe potrawy, które są swoistym miszmaszem składników, gulasz smakuje najlepiej na drugi, trzeci dzień od zrobienia.

Tradycyjny węgierski Gulyás był przyrzadzany w formie zbliżonej do potrawy z gęstym sosem jaką znamy w Polsce. Jednak wyewoluował do postaci zupy, dla której zarezerwowana jest nazwa Gulyás albo Gulyásleves. Gulasz jaki my znamy podobny jest raczej do Pörkölt czyli gęstej wersji Gulyás'u przyrządzanych do pewnego momentu dokładnie w ten sam sposób. Gulasz w wersji gęstej jest do dzisiaj jedną z podstawowych potraw serwowanych przez węgierskich pasterzy podczas kiedy wersja w postaci zupy najczęściej podawana była na stołach rolników.

Z węgierskiego domu


Jak to mamy w zwyczaju niejednokrotnie pytamy swoich znajomych o ich kulinarne preferencje, tradycje w domowej kuchni i ulubione wariacje smakowe. Przy rozmowach o kuchni i jedzeniu z moja koleżanką z Węgier nie mogło się obyć bez ochów i achów nad aromatem, głębią smaku i kolorami gulaszu. Ale ponieważ nasza forma gulaszu zdecydowanie odbiega od tradycyjnej węgierskiej, poprosiłem ją o przepis wg którego robi się Gulyás w jej domu. Oto on.
Jednym z głównych składników Gulyás'u-zupy jest.. i tu na pewno niejednego zaskoczę, marchewka, a na stół podajemy ją z.. i tu następne zaskoczenie, ze swego rodzaju kluskami. Kluski, zwane nokedli, są małe, wielkości połowy paznokcia i ręcznie robione.


Preferowanym mięsem na gulasz jest wołowina. Tradycyjnie więc po wizycie w sklepie halalskim i zakupie doskonałej wołowiny wziąłem się do przygotowania gulaszu.

Nie zaczynajcie bez przygotowania wszystkich składników. A więc na blacie kuchennym, ląduje:


Gulyás
600 gram wołowiny dobrej jakości
1 duża cebula
4 ziemniaki
1 pietruszka
3 marchewki
2 papryki węgierskie (żółto-zielone, znane również jako tureckie), ważne żeby użyć tego gatunku ponieważ nadaje on charakterystyczny smak
1 papryka zielona, długa
3 pomidory, słodkie i aromatyczne
1 łyżka słodkiej papryki w proszku
1 łyżeczka kminku
szczypta pieprzu

Nokedli
1 jajko
mąka


Do dzieła


Najważniejsza część przygotowania prawdziwego gulaszu to obsmażenie posiekanej drobno cebuli. Na łyżce oleju smażymy ją aż się zacznie rozlatywać przy czym uważamy żeby nie zaczęła się przypalać. Następnie odstawiamy patelnię z ognia i dodajemy paprykę w proszku i pozwalamy uwolnić się aromatowi w rozgrznym tłuszczu z cebulą. Stawiamy patelnię z powrotem na palniku i dodajemy wołowinę pociętą w kawałki "na kęsa" i obsmażamy aż się ładnie zamkną pory zatrzymując sok w mięsie. Dodajemy kminek i pieprz.

Po kolejnej minucie dodajemy posiekane pomidory i paprykę i dusimy aż mięso jest prawie gotowe.

Dolewamy gorącą wodę około 2-3 litry, ziemniaki, marchewkę i pietruszkę i gotujemy do miękkości mięsa. Mięso powinno się rozpływać w ustach.

Podczas kiedy Gulyás się gotuje rozrabiamy jajko z mąką i szczyptą soli na ciasto i formujemy w palcach małe kluseczki. Proces czasochłonny ale naprawdę warto poświecić ten czas żeby później móc rozkoszować się pełnią smaku zupy gulaszowej.

Kiedy mięso jest miękkie dodajemy kluseczki i po kolejnych 5-10 minutach i doprawieniu solą do smaku zupa jest gotowa do podania.

Smacznego

niedziela, 14 listopada 2010

Jak tylko sięgnę pamięcią - w domu mama była szefową kuchni i zawsze wymyślała nam dania tak różne, żeby jej niejadki (ze mną na czele) coś posmakowały i nie schudły za bardzo - jak to w polskim domu.... 
Największy jednak uśmiech pojawiał się na mojej twarzy, gdy mama robiła kopytka.... kopytka z sosem grzybowym, kopytka z wołowiną w sosie własnym, kopytka z cebulką i pamiętnymi skwarkami.... ach....rodzajów dań z kopytkami było tyle ile mama zdołała wymyslić.... :) 
Potem w szkole średniej pojechałam na swoją pierwszą wycieczkę do Włoch. I jakie było moje zdziwienie, gdy na oślep zamawiając obiad z menu w barze poprosiłam o gnocchi.... tak ładnie brzmiąca nazwa, naprawdę myslałam, że dostanę na talerzu jakieś egzotyczne danie... już prawie byłam z siebie dumna gdy nawet poprawnie ją wymówiłam... i co zobaczyłam? na moim talerzu wylądowała kupka niczego innego jak kopytek tylko we włoskim wydaniu z sosem pomidorowym z bazylią i mozzarellą....

Dziś w ramach włosko - polskich reminiscencji :


Gnocchi - Kopytka z sosem pomidorowym, bazylią i mozzarellą 
(przepis od mamy zapamiętany z dzieciństwa)

Składniki na 2 osoby:
Czas wykonania: 30 minut

Gnocchi - Kopytka:
1 wielki ziemniak
1 jajko
1/2 - 3/4 szklanki mąki pszennej

Sos pomidorowy:
1 puszka pomidorów San Marzano
3 ząbki czosnku (my lubimy dużo)
2 łyżki oliwy z oliwek Extra Virgin
sól i pieprz do smaku
szczypta płatków chilli
garść świeżej bazylii

200g sera mozzarella
kilka gałązek bazylii do dekoracji

Ugotowane ziemniaki przepuścić przez maszynkę lub praskę. Gdy całkiem ostygną połączyć je z jajem i mąką, posolić i dokładnie, ale szybko wymieszać, podzielić na części. Na oprószonej mąką stolnicy toczyć wałeczki grubości palca, lekko spłaszczyć, kroić ukośne kluski, wrzucać je do dużej ilości osolonego wrzątku. Gotować 2-3 mm, licząc od wypłynięcia kopytek na powierzchnię. 

Składniki sosu pomidorowego łączymy w rondelku i dusimy około 10 minut. Na końcu dodajemy bazylię i zalewamy sosem nasze gnocchi - kopytka. Mozzarellę rozdzieramy na malutkie skrawki i posypujemy sos, dekorując resztą świeżej bazylii. 

Świetne, proste i nasze ulubione!!!!

Smacznego!

poniedziałek, 8 listopada 2010

Co za tydzień... Brak czasu na cokolwiek, dużo pracy, dużo zobowiązań.... 
Chciałabym móc cofnąć zegarek o powiedzmy 8 godzin... Ale by było super! może wtedy udałoby mi śię nadgonić wszystkie zaległości...
A może tak mieć swój prywatny teleporter czasowy....klik klik klik i mamy parę dni wcześniej.... klik klik klik i mamy jeszcze piekne lato... A tu niestety już Listopad :/ Poczytuję z doskoku co się dzieje u innych blogowiczek i chyba wszystkie mamy trudność w przestawieniu się na krótszy dzień, szybciej zachodzące słońce a może nawet jego brak, temperatura już coraz niższa (u nas zapowiadają -7 stopni na przyszły weekend), wichura szaleje na całego, zimowe płaszcze, szale i czapki już same wychodzą z szafy i dopraszają się założenia... Gdzie się podziała moja energia, gdzie? Ale jest i dobry element tego niekochanego Listopada - długie ciepłe wieczory w domowym zaciszu... I zawsze można coś upichcić, chociażby na szybko... 

Dzisiaj ekspresowa ale za to romantyczna kolacja... Pieczony camembert z czosnkiem i sosem miodowo-musztardowym - Nasz Ulubiony!!! Miękki i aromatyczny, pokryty białą pleśniową skórką. Można go piec na wiele sposobów. Jego smak można urozmaicać na wiele sposobów, na przykład wlewając pod naciętą skórkę odrobinę białego wina, piwa lub innego alkoholu (w zależności od preferencji), sypiąc zioła - kminek, tymianek, paprykę lub czosnek. Upieczony półpłynny ser można spożywać widelcem, maczać w nim kawałki bagietki, albo grillowane szaszłyki z owoców morza i warzyw (pomidorki koktajlowe, plasterki cukinii, kawałki papryki). Można podawać z dodatkiem żurawiny, tostów, pieczonych ziemniaków.



Camembert z czosnkiem i sosem miodowo - musztardowym. 

Porcja dla 2 osób 
Czas przygotowania: 15 minut 

2 serki camembert o wadze 170 g (wybieramy serek w drewnianym pudełeczku np. Coeur de Lion lub Le Rustique) 
1 ząbek czosnku pokrojony w cienkie słupki
1 łyżka miodu
1 łyżeczka musztardy 
2 łyżki białego wytrawnego wina

Rozgrzewamy piekarnik do temp. 180°C. Wyjmujemy camembert z pudełka, usuwamy papier, a potem wkładamy serek z powrotem do pudełka. Powierzchnię camemberta kilkakrotnie nakłuwamy wykałaczką, w dziurki wciskamy czosnek. W miseczce mieszamy miód z musztardą i winem, polewamy ser. Układamy (w pudełeczku) na blasze, pieczemy 10 minut. Podajemy z bagietką, którą zanurzamy w stopionym serze. 

Ciepłego wieczoru!!!

sobota, 6 listopada 2010

Te bułeczki znalazłam jakiś czas temu w Pracowni Wypieków Liski. Od razu je polubiłam ponieważ są niesamowicie proste i szybkie w wykonaniu i nawet jeśli się skruci czas wyrastania ciasta przed pieczeniem (co ja zrobiłam z braku czasu i zgłodniałych gości) to i tak wyjdą wielkie i puszyste. Przygotowywałam je dla mojej przyjaciółki, która odwiedziła nas ze swoją mamą kilka miesięcy temu. I chyba te greckie delicje zrobiły na nich dobre wrażenie. 



Parę dni temu plotkując z Karoliną na gadu gadu o jedzeniu i ziołach, napisała: "Podeślij mi przepis na te super bułeczki greckie!". No więc nie zastanawiając się wskoczyłam do Liski na bloga i skopiowałam przepis... Kilka dni później, dostałam sms - a od Karoliny i co zobaczyłam? Zdjęcie Tiropsomo w jej wykonaniu z podpisem 'to nasze dzieło'... no pięknie :), pomyślałam... teraz to ja też mam na nie ochotę... No i stało się...

Tiropsomo4 sztuki

300 g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
20 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka drożdży instant)
5 łyżek ciepłej wody
1 łyżka cukru lub miodu
4 łyżki oliwy
120 ml ciepłego mleka
szczypta suszonego oregano
topione masło do smarowania bułeczek
270 g sera feta, rozgniecionego widelcem
do posmarowania: 1 żółtko wymieszane z 1 łyżeczką wody
do posypania: 2 łyżki sezamu (ja zastąpiłam suszonym oregano)


Mąkę połączyć z solą, dodać suche drożdże (jeśli używamy świeżych, należy wymieszać je z ciepłą wodą i dopiero wtedy dodać do mąki). Dodać miód/cukier, oliwę, mleko. Połączyć i zagnieść gładkie ciasto. Przełożyć do miski lekko posmarowanej oliwą, przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrastania na ok. 1-2 godziny. Ciasto podzielić na 4 części. Każdą rozwałkować na prostokąt szerokości 6cm, grubości 3 mm. Na środku położyć ser wymieszany ze szczyptą oregano, zlepić dokładnie brzegi tworząc długi wałek. Wałek zwinąć na kształt ślimaka. Powtórzyć tę czynność z pozostałym ciastem. Posmarować lekko masłem, przykryć folią i odstawić do wyrastania na 40 minut. Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wyrośniete ślimaki posmarować żółtkiem wymieszanym z wodą, posypać odrobinką oregano i piec 30-35 minut, do czasu zrumienienia. Ostudzić na kuchennej kratce.

My zajadaliśmy Tiropsomo przekrojone na pół, z pomidorami i skropione oliwą z oliwek.... Uczta dla podniebienia....

Miłego poranka!

poniedziałek, 1 listopada 2010

Z racji życia na obczyźnie nie zawsze mam okazję kupić naprawdę dobry chleb... Już od dawna marzył mi się taki prawdziwy, chrupiący, z dużymi dziurami bochen... koniecznie na zakwasie bo ten specyficzny zapach i smak pamiętam z dzieciństwa... Ta chęć zaprowadziła mnie na blog Liski i Tatter i inne wspaniałe blogi. W lokalnej bibliotece wygrzebałam kilka świetnych pozycji o sztuce pieczenia chleba... co mnie najbardziej zaintrygowało - w każdej z tych pięknie wydanych książek, na każdym blogu pojawiało się jedno nazwisko, Jeffrey Hamelman! Wszędzie wychwalany za te same zasługi - świetne przepisy, genialne proporcje i tak dalej i tak dalej.... No i co się stało.....?? Na Amazonie zobaczyłam książke Mistrza Hamelmana 'Bread. A Baker's book of Techniques and Recipe'. Nie oparłam się...


Dziś dotarła i nie ukrywam, że nie mogę się nacieszyć.... :) Co chwila zerkam między stronice i już nie mogę się doczekać pierwszego wypieku.... o czym będę tu nie jeden raz pisać i się zachwycać.....


Teraz lecę dokarmić zakwas żeby jutro wyprubować pierwszy z przepisów, ale który.... to niespodzianka :)
CDN....

niedziela, 31 października 2010

Jakiś czas temu obiecałam sobie, że nauczę się filetować rybę tak pięknie jak to robi Pan w moim ulubionym sklepie rybnym... Dlatego dzisiaj postanowiłam sobie, że wdrożę swą obietnicę w życie... Pobiegłam więc do lokalnego sklepu rybnego i zakupiłam dwa wielkie tęczowe pstrągi... :)
Z zaciekawieniem patrzyłam na te piękne okazy leżące na desce gdy Jarek ostrzył nóż.... brrrr 
No tak, pomyślałam - ale co będzie jak totalnie pokiereszuję oba okazy i nie będzie można z nich już nic zrobić? Byłaby wielka szkoda, żeby ich nie zjeść a już nie wspominając o tym, że w naszym domu nie wyrzuca się ani kęsa cennego pożywienia... Więc logistycznie zaczęłam wertować swoje księgi kucharskie w poszukiwaniu receptury na rybę w (bardzo) małych kawałeczkach.... w przypadku gdyby coś poszło nie tak podczas operacji filetowania i wyciągania ości....

www.jamieoliver.com

Na ratunek przyplątała mi się książka Jamiego Oliver'a "Jamie's Italy" i jego cudowny przepis na klopsiki rybne w sosie pomidorowym... Strzał w dziesiątkę! pomyślałam. Teraz to już bez wyrzutów mogłam zabrać sie do procederu filetowania moich pstrągów....
Jakie było moje zdziwienie, gdy efekt końcowy okazał się całkiem pomyślny. Nie była to najkrótsza operacja na świecie :) Ale i tak poszło mi całkiem nieźle jak na pierwszy raz!!! I nawet mogłabym upiec piękne filety z relishem ziołowo - warzywnym. Ale skoro przepis Jamiego już miałam zakodowany w głowie więc czemu go nie wykorzystać.... Troszkę go zmodyfikowałam, bo u Jamiego w roli głównej wystąpił tuńczyk oraz orzeszki piniowe a ja mam dwa piękne pstrągi, zresztą równie smaczne i mieszankę orzechów laskowych, pistacjowych i włoskich oraz nasion dyni i słonecznika....

Klopsiki z pstrąga w sosie pomidorowym
(przepis według Jamiego Olivera "Jamie's Italy")



Sos pomidorowy:
1 mała cebula
4 ząbki czosnku
oliwa do smażenia (3-4 łyżki)
1 łyżeczka suszonego oregano
2 puszki po 400 g pomidorów pellati
ocet z czerwonego wina (użyłam 3-4 łyżek)
sól i pieprz do smaku
1 pęczek grubo posiekanej natki pietruszki (zastąpiłam bazylią)



Klopsiki:
oliwa z oliwek (kilkanaście łyżek)
400 g tuńczyka lub miecznika (zastąpiłam pozbawionym ości filetem pstrągabez skóry)
50 g orzeszków piniowych (zastąpiłam mieszkanką orzechów włoskich, laskowych i pistacjowych oraz pestek dyni i słonecznika)
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka suszonego oregano
1 garść posiekanej natki pietruszki (zastąpiłam bazylią)
100 g bułki tartej
50 g świeżo startego parmezanu
2 jajka
sok z 1 cytryny


Sos pomidorowy: Rozgrzać oliwę, poddusić na niej drobno pokrojoną cebulę i posiekany czosnek (ok. 5-7 minut). Dodać oregano, pomidory, ocet. Dusić 15 minut. Przyprawić solą, pieprzem i ew. octem lub szczyptą cukru.

Klopsiki: Oliwę (2-3 łyżki) rozgrzać na dużej patelni. Rybę pokroić w kostkę 2,5 cm i wrzucić ją na patelnię razem z orzeszkami i cynamonem. Doprawić lekko solą i pieprzem i smażyć ok. minuty lub tyle, by orzeszki lekko się zrumieniły. Zdjąć z ognia, lekko przestudzić, dodać pozostałe składniki i maczając ręce w wodzie, formować niewielkie klopsiki (wielkości piłki golfowej). Jeśli masa jest zbyt kleista, dodać wiecej tartej bułki (ale nie przesadzałabym z jej ilością). Klopsiki układać na talerzu lekko posmarowanym oliwą i schłodzić w lodówce przez godzinę. Na patelni rozgrzać resztę oliwy, partiami smażyć klopsiki na niedużym ogniu, obracając je tak, by rumieniły się równomiernie). Osuszyć na papierowym ręczniku. Usmażone połączyć z sosem, nakładać na talerze, oprószyć ziołami. Podawać z makaronem (ja wykorzystałam fusilli bucati).




Smacznego! 

sobota, 30 października 2010

Dziś sobota - mój ulubiony dzień tygodnia... W sobotę nigdy się nie spieszę, budzik jeszcze uśpiony (czeka na poniedziałek :)), ja budzę się we własnym biologicznym rytmie, potem czas na gorącą herbatę, jakieś super szybkie sprzątanie i moja ulubiona część dnia czyli wycieczka na targ w poszukiwaniu zapasów na kolejny tydzień... Wycieczka, ponieważ to jedyny dzień, w którym pozwalamy sobie z Jarkiem na obłędną degustację smaków, zapachów i kolorów produktów proponowanych przez naszych lokalnych farmerów. Zabawne, że zawsze znajdziemy coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie widzieliśmy albo nie jedliśmy.... I tak było też dzisiejszego popołudnia... Już z kilku metrów to dziwne coś... no właśnie co... przykuło naszą uwagę... Piękny, wręcz oślepiający o niesamowitym kształcie i kolorze purpury owoc...
Z zaciekawieniem podbiegłam do skrzynki, w której leżały te cuda natury i okazało się, że jest to DRAGON FRUIT, inaczej zwany PITAYA.... A wygląda to tak....


Bardzo stara legenda głosi, że tysiące lat temu, smoki ziejące ogniem stworzyły owoc. Gdy podczas bitwy, smoki tchnęły ogniem to ostatnią rzeczą, która wydobywała się z ich paszczy były owoce. Jeśli smok został zgładzony przez jakiegoś śmiałka, owoce były gromadzone i prezentowane władającemu cesarzowi jako oznaka zwycięstwa i cenny skarb.

Jeśli zgładzony smok został zjedzony przez zwycięskich żołnierzy, uważa się, że jeśli śmiałek pożywił się mięsem smoka, otrzymywał siły i okrucieństwo smoka. Legenda głosi, że mięso z podstawy ogona smoka, z którego wierzono, że powstaje smoczy ogień, był najsłodszy i miał najlepszy smak. Mówi się, że wszechobecne pragnienie zdobycia tegoż właśnie najsłodszego kawałka mięsa spowodowało zniszczenie wszystkich smoków ... Ach...




Pochodzenie Owocu Smoka nie jest dokładnie znane, choć wzmianki o nim pojawiły się po raz pierwszy w literaturze azteckiej w XIII wieku. Dlatego też właśnie Amerykę Południową uważa się za pierwotny jego dom (no oczywiście poza smoczymi ogonkami :)). Uważa się też, że to Francuzi przywieźli Owoc Smoka do Wietnamu ponad sto lat temu. Ale spożywany był wyłącznie przez rodziny królewskie i zamożnych ludzi. Obecnie. Dragon Fruit rozkwita w amerykańskich stanach takich jak Teksas, i uprawia się również w Meksyku i innych krajach Ameryki Południowej takich jak Argentyna i Peru. A także popularny jest krajach azjatyckich (Tajlandii, Malezji, Fillipinach).


Co ciekawe, Pitaja kwitnie tylko w nocy. Cały proces zapylenia kwiatów dopełniany jest przez nietoperze i ćmy. Kwiaty gatunków wytwarzających następnie owoc pitai są dużymi, białymi pachnącymi kwiatami, charakterystycznymi dla danego kaktusa. Kwiaty te są nazywane też z tego powodu Królową Nocy lub Księżycowym Kwiatem.




Owoc ten jest niskokaloryczny, o lekkim słodkawym smaku. Posiada miąższ z małutkimi czarnymi pestkami (podobnymi do kiwi). Spożywany jest na surowo. Schłodzenie owocu poprawia jego smak, dlatego często podawany jest w postaci deserów lodowych. Skórki owocu są niejadalne. Spożywane są również kwiaty - mogą być jedzone w sposób bezpośredni lub jako napar. Z owoców produkowane są też soki i wino. 
Pitaya jest owocem bogatym w Witaminę C, B, Wapń, Fosfor i błonnik, który ułatwia trawienie i działa kojąco na wątrobę.... 

Szkoda, że kupiliśmy tylko jeden owoc na przetestowanie... ale jutro lecę kupić więcej...


poniedziałek, 25 października 2010


Dziś rano obudziły mnie intensywne promienie słoneczne wpadające przez okno do naszej sypialni... I nie wiadomo dlaczego przypomniała mi się nasza ostatnia podróż do Paryża. Wspomnienie to przywołało na chwilę niesamowitą radość. Po chwili przyłapałam się na tym, że uśmiecham się sama do siebie - chwilowe zwariowanie czy też zwykła, mała radość, której w dzisiejszych czasach jest jak na lekarstwo... Przeciągając i wyginając jak to koty o poranku rozmarzyłam się o Paryżu... 


Fot. Robert Doisneau (www.robertdoisneau.com)

Sama podróż była niespodzianką, którą Jarek zafundował mi w pewien styczniowy poranek - naprawdę nic nie wiedziałam, do momentu pobódki o czwartej nad ranem...  pospiesznie wyciągnięta z łóżka usłyszałam "Kochanie, wstawaj bo zaraz wyjeżdżamy!". No i pewnie nie dowiedziałabym się gdzie jedziemy, gdyby nie to że na dworcu pan w okienku krzyknął do Jarka w niebogłosy "Ok Sir, you want to pick up your two tickets to Paris!". O rany, jaka była moja radość w tym momencie poznając miejsce naszej destynacji.... W jednej chwili przypomniało mi się kilka linijek pewnej piosenki francuskiej "Aux Champs Elysees", która jak na zawołanie wypłynęła z moich ust melodyjnie.... i tak te kilka linijek (bo tyle umiałam sobie zanucić :)) towarzyszyło mi przez dwie godziny drogi do Paryża.... A Paryż, jak to Paryż okazał się wszystkim tym co miałam w głowie - tymi widokami z pocztówek, tymi obrazami z francuskich filmów i tymi opowieściami przekazywanymi od kolejnych znajomych wracających z wakacji we Francji.... I moimi ulubionymi fotografiami Roberta Doisneau....

Fot. Robert Doisneau (www.robertdoisneau.com)

 A teraz właśnie ja stawiałam pierwsze kroki na romantycznej, paryskiej ziemi... :) ten obraz bardzo głeboko zapadł mi w pamięci.... Ale obraz ten, wypełniają jeszcze smaki i zapachy świeżo pieczonych bagietek z przyulicznych pattiserie, którymi delektowaliśmy się bez opamiętania... Dlatego dziś chcąc pozostać w klimacie tamtej podróży i wspaniałych wspomnień upiekliśmy Pain Rustique. 

Pain Rustique
(przepis zaczerpnięty od Jeffreya Hamelmana z 'Bread')



Składniki na zaczyn (poolish):
455 g mąki pszennej chlebowej 
455 g wody (455 ml)
1/8 łyżeczki drożdży suchych (0,5 g) lub 1/4 łyżeczki pokruszonych drożdży świeżych (1 g)

Składniki zaczynu wymieszać, przykryć szczelnie, pozostawić w temperaturze pokojowej na 12 - 16 godzin.

Składniki na ciasto właściwe:
cały zaczyn 
455 g mąki pszennej chlebowej 
173 ml wody 
18 g soli
1,5 łyżeczki drożdży suchych (6 g) lub 12 g drożdży świeżych


Wymieszać zaczyn, mąkę, wodę. Ciasto przykryć szczelnie, odstawić na 20 - 30 minut w temperaturze pokojowej. Po tym czasie do ciasta dodać sól i drożdże, wymieszać. Znowu przykryć szczelnie i pozostawić do wyrośnięcia na 70 minut, składając je w 25 i 50 minucie.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 części. Uformować nie zagniatając mocno ciasta, po prostu nadać im mniej więcej prostokątny kształt. Im bardziej nieregularne, tym lepiej i bardziej rustykalnie wyglądają. Odstawić na 20 - 25 minut do napuszenia.


Piec w temperaturze 240º przez 35 minut (najlepiej na kamieniu), z parą. W połowie pieczenia uchylić lekko drzwiczki od piekarnika. Wystudzić na kratce.


Mała rada: ciasto nie nadaje się do wyrabiania w maszynie do chleba.


Smacznego :)
Pocztówka projektu Jarka - w roli głównej my... :)


sobota, 16 października 2010


Dziś znów będzie o chlebie!!! Ale o jakim chlebie..... 

W związku z tym, że mamy dzisiaj 5 edycję Światowego Dnia Chleba, postaraliśmy się żeby go uczcić pysznym i pachnącym bochenkiem, który wyszedł prosto z naszego piekarnika... :)

Chleb jest wyjątkowy bo przypomina nam o corocznym święcie chleba, na krakowskim Kazimierzu. Zazwyczaj przypada ono na jeden z czerwcowych, ciepłych weekendów. Są to dni, kiedy Krakowianie i turyści pojawiają się na Kaziemierzu i w atmosferze festiwalu i pikniku poznają bogactwo naszej kultury piekarskiej. Tak więc, w jednym miejscu można kosztować, degustować i kupować wyśmienite chleby, a wśród nich chleb prądnicki z historią pochodzącą z XV wieku, równie tradycyjne krakowskie obwarzanki, precelki, lisieckie kukiełki, oscypki, miody i ciasteczka.... A wszystko to od samych lokalnych piekarzy i farmerów.... Zazwyczaj imprezie tej towarzyszą warsztaty piekarskie dla dzieci, konkurs na najsmaczniejszy bochen chleba. A całemu temu zamieszniu przygrywają i przyśpiewują lokalne zespoły ludowe. Dla nas ta okoliczność zawsze była przypomnieniem smaków i zapachów z dzieciństwa. Najbardziej w pamięci zapadł nam chleb z suszonymi śliwkami, którym się dziś z Wami podzielimy. Chleb ten ma bardzo specyficzny smak, który jest efektem mieszanki suszonych śliwek i przypraw. Tutaj znów muszę wychwalić Liskę, u której skrzętnie pobieramy nauki pieczenia. To właśnie znów jej Pracownia Wypieków stała się inspiracją do naszego dzisiejszego wypieku a jednocześnie przywołała wiele wspomnień... tych zapamiętanych z dzieciństwa aromatów....


Pszenno-żytni chleb z suszonymi śliwkami

Czas przygotowania:
12-24 godziny wcześniej: odświeżenie zakwasu
8-14 minut: zagniatanie
10 minut: odpoczywanie chleba
2-2,5 godziny pierwsze wyrastanie
1-1,5 godziny: drugie wyrastanie
40 minut: pieczenie

100 g aktywnego żytniego zakwasu (dokarmionego 12-24 godziny wcześniej)
350 g wody
20 g świeżych drożdży
350 g mąki żytniej jasnej, chlebowej (użylam typ 720)
130 g mąki pszennej (użyłam mąki chlebowej)
20 g otrębów żytnich lub pszennych
1/4 łyżeczki zmielonych nasion kolendry
1/4 łyżeczki zmielonych nasion kminu indyjskiego
1/4 łyżeczki zmielonych nasion kopru włoskiego
1/4 łyżeczki zmielonego anyżu
6 suszonych lub wędzonych śliwek (powinny być dosyć miękkie), drobno pokrojonych
10 g (1,5 łyżeczki) soli morskiej

Do posypania: otręby żytnie

12-24 godzin wcześniej należy odświeżyć zakwas. 

Następnego dnia:
Wlać wodę do dużej miski, dodać drożdże, mąkę żytnią, pszenną, otręby, przyprawy i sól. Następnie wlać zakwas i dokładnie wyrobić ciasto. Następnie pozwolić odpocząć ciastu i wyrabiać ponownie przez 3-5 minut. Dodać śliwki, wymieszać.
Przykryć miskę folią spożywczą i odstawić do wyrastania na ok. 2 - 2,5 godziny. Ciasto mniej więcej podwoi swoją objętość.
Keksówkę wysmarować olejem i wysypać otrębami żytnimi.
Przelać ciasto, posypać jego wierzch otrębami i odstawić do wyrastania - ciasto wypełni całą formę. Zajmie mu to ok. 1-1,5 godziny.

Piekarnik nagrzać do 230 st C.
Na dno piekarnika wsypać 1/2 - 1 szklanki kostek lodu.
Wstawić wyrośnięty chleb. Piec 10 minut. Zmniejszyć temperaturę do 210 st C i dopiekać kolejne 30 minut. Chleb jest upieczony, jeśli wyjęty z formy i popukany od spodu wydaje głuchy odgłos. Gdyby tak nie było, należy wyjąć go z formy i dopiekać jeszcze chwilę, 5-10 minut.
Po upieczeniu chleb spryskać wodą i wstawić do piekarnika na 3 minuty. Dzięki temu będzie miał błyszczącą skórkę.

Upieczony chleb położyć na kratce kuchennej i zostawić do całkowitego wystudzenia.
Zachowuje świeżość przez kilka dni.



Smacznego Dnia Chleba 2010!!! :)


środa, 13 października 2010

No to chyba mogę powiedzieć, że pierwsze koty za płoty. Akcja 'Pierwszy chleb na własnoręcznie wychodowanym zakwasie' zaliczona. Przez to całe podekscytowanie to najchętniej piekłabym całe dnie i noce.... Muszę przyznać, że satysfakcja jest niesamowita. Każdy kęs chleba przypomina, że się go samemu zrobiło od początku do końca..
W całym tym ferworze pieczenia z piekarnika wyskoczyły mi też ostatnio całkiem niezłe grissini. Chyba wszystkim lepiej znane jako paluszki chlebowe lub bread sticks. Początków Grissini upatruje się w XIV wieku w Turynie, który zresztą szczyci się ich produkcją. Wiele jest mitów otaczających te pyszne paluszki. Najprawdopodobniej, receptura była opracowana przez kucharza, któremu po zrobieniu pizzy zostały resztki ciasta i tak sobie eksperymentując uformował on cieniuteńkie paluszki, grissini. Inna historia mówi o tym, jak to w 1675 roku, paluszki przyczyniły się do wyleczenia księcia Vittorio Amadeo di Savoia z poważnych problemów pokarmowych . Tu cała historia.
Nie ukrywam, że wykonanie grissini jest dziecinnie proste i jest świetnym dodatkiem towarzyszącym kolacji lub zwyczajnie wieczorkowi przy winie.... :)


Grissini Rubata
(wg przepisu znalezionego u Małgosi z Pieprz czy Wanilia, troszkę zmodyfikowanego)


475g białej pszennej maki chlebowej
1 ½ łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
1 ¼ łyżeczki drożdży instant
3 łyżki oliwy z oliwek
275g wody
3 łyżki ziaren sezamu
2 łyżki świeżo zmielonego rozmarynu
1 łyżka soli w płatkach lub grubych kryształkach

Do miski wsypać mąkę, cukier, sól, drożdże. Dodać oliwę i wodę. Wymieszać i wyrobić gładkie, elastyczne i miękkie lecz zwarte ciasto. Zostawić do wyrośnięcia na 1 godzinę. Następnie ciasto podzielić na 4 równe części (po 200g). Pierwszą zostawić zwykłą, w drugą wgnieść ziarna sezamu, w trzecią zmielony rozmaryn itd według uznania. Zostawić na 10 minut pod przykryciem.
Każdą ćwiartkę podzielić na ok. 25 gramowe kawałki i z każdego uformować cieniutkie wałeczki. Ułożyć je na wysmarowanych oliwą blachach do pieczenia i zostawić do ponownego wyrośnięcia na 30-45 minut. Paluszki bez dodatków posmarować wodą i posypać kryształową solą.
Piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze 200ºC przez około 20-25 minut, aż paluszki się zezłocą, a ich wnętrze kompletnie wyschnie.


Smacznego!!!

poniedziałek, 11 października 2010


U nas w domu zawsze jadało się dużo różnego pieczywa a już od jakiegoś czasu coraz ciężej jest kupić w piekarniach taki tradycyjny smaczny chleb. Wciąż prubujemy coraz to nowych wypieków z lokalnych sklepików ale wciąż brakuje w nich 'tego' specyficznego smaku, który pamiętamy jeszcze z dzieciństwa... 

Ostatnio postanowiłam sobie więc, że nauczę się domowej sztuki piekarskiej. Naukę rozpoczęłam od przestudiowania chyba tysiąca stron i blogów o pieczeniu... Już nawet jestem stałą fanką kilku z nich... jednym z nich jest Pracownia Wypieków. Wszyscy pewnie znają Liskę i jej cudowny blog o pieczeniu i wszelkich jego aspektach.... Zaczytuję się w nim jak szalona!!! :) 

Dlatego postanowiłam, że rozpocznę swoją piekarską przygodę od zrobienia zakwasu, którego recepturę zaczerpnęłam właśnie od Liski. Dzisiaj mój zakwas ma już siedem dni i miewa się bardzo dobrze, bąbluje i pracuje że hej.... 
Nie będąc pewna swoich umiejętności piekarskich (jak kiedyś upiekłam murzynka to nie wiadomo dlaczego trzeba go było pić z kubeczków.. hehehehe) zaczęłam od najprostszego chlebka, który znalazłam w Liskowej Pracowni. Nie ukrywam, że miałam niezłego stracha jak już leżał w piekarniku - przez prawie 40 minut pieczenia, w duchu powtarzałam sobie - 'Żeby się udał, zeby się udał...' :) 

Hurrraaaa!!! Krzycząc i tańcując w kuchni jak dziecko cieszyłam się ze swojego rezultatu - z zewnątrz wyglądał pięknie, rumianie i chrupiąco.... Po chwili studzenia stwierdziliśmy z Jarkiem, że czas najwyższy sprawdzić co jest w środku... w końcu nie na darmo stare porzekadło mówi 'Nie oceniaj książki po okładce'. No i jakie było nasze zaskoczenie - UDAŁO SIĘ!!! Muszę się pochwalić, że wyszedł mi całkiem pyszny bochenek z nutą właśnie 'tego' specyficznego smaku z dzieciństwa. I to wszystko dzięki Lisce i jej radom.



Biały chleb na zakwasie

500 g mąki pszennej (najlepiej chlebowej, ale może być dowolna mąka pszenna)
1 płaska łyżeczka soli
300 g wody
8 g świeżych drożdży
150 g zakwasu żytniego 

Wszystkie składniki łączymy, najlepiej przy pomocy miksera. Ciasto powinno być dosyć gęste.
Przykrywamy sciereczką i odstawiamy na 2 h.
Następnie przekładamy ciasto do keksówki (o pojemności 1 kg) lub formujemy bochenek albo bułeczki.
Spryskujemy olejem lub oliwą i posypujemy maką.
Odstawiamy do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Piekarnik nagrzewamy do temp. 210 st C i pieczemy chleb ok. 40 minut (bułeczki mniej wiecej 20 minut).


Dziękuję Lisce za świetnego bloga - źródło inspiracji i skarbnicę wiedzy o chlebie...

niedziela, 10 października 2010

Obiecany ciąg dalszy historii wczorajszej...

Wczoraj gościliśmy naszych zacnych przyjaciół na kolacji. Zacnych ponieważ tak jak my, Frederick i Martin są niebywałymi smakoszami i mają bardzo wysublimowane żołądeczki. I nie ukrywam, że bardzo zależało nam na tym, by nie dać plamy w kwestii kulinarnej... :)
No więc, jak to zawsze przed takimi domowymi przedsięwzięciami na więcej niż 2 persony (czyli skromnych nas:)) musieliśmy z Jarkiem zrobić niezłą burzę mózgów.... no i co my tu upichcimy - odwieczne pytanie.... opcji było chyba ze sto ale dziś wygrała ryba pieczona w soli, a właściwie ogromnej ilości soli....
Pomysł wziął się od jednego z naszych przyjaciół (mężczyzny dodam), który kiedyś nam ją własnoręcznie przygotował a na gotowaniu to on się zdecydowanie zna. W związku z tym już od razu wiedzieliśmy, że ryba może okazać się pełnym sukcesem....
Zadowolona z szybko podjętej decyzji, pobiegłam na zakupy. Miałam już pełny koszyk i prawie biegłam do kasy gdy przypomniałam sobie, że zapomniałam o najważniejszej rzeczy - soli, a przecież potrzeba jej aż 2 kg! Pobiegłam więc szybko do odpowiedniej częsci supermarketu w poszukiwaniu soli morskiej w kryształkach. W końcu gdy znalazłam odpowiednią sól i zaczęłam pakować ją do koszyka, najpierw jedno opakowanie, potem drugie i trzecie i czwarte i piąte... :) Nagle zza pleców usłyszałam głos przestraszonej pani, która zapytała: 'A po co pani tyle soli - przecież to takie niezdrowe jeść takie jej ilości!'. Ojej, pomyslałam, jak ja jej powiem, że to tylko na jedną kolację... heheheh ale po krótkiej rozmowie wytłumaczyłam, że ani trochę z tej soli nie trafi do naszych delikatnych żółądeczków i że to tylko do pieczenia. Bardzo się pani spodobał pomysł i z chęcią zapisała sobie przepis. Ciekawe, czy się kobiecina przekona.... :) Zwłaszcza w tym kraju, gdzie panuje paranoja i powszechny strach przed solą i tłuszczem... :) 

Rozbawiona całym zajściem wróciłam do domu i zabraliśmy się za gotowanie. A wyglądało to tak.....



Strzępiel pieczony w soli
Składniki na 4 łakomczuchów:

Do ryby:
4 średniej wielkości strzępiele (znany sea bass, ale każda inna ryba morska będzie świetnie pasować)
2 kg soli morskiej w kryształkach
1 cytryna
gałązki świeżego rozmarynu
pieprz do smaku (my użyliśmy pieprzu kolorowego)
1 ząbek czosnku


Umyć i osuszyć ryby. Do środka każdej ryby włożyć plasterek cytryny, dwa plastrki czosnku i po jednej gałące rozmarynu oraz pieprz do smaku. Rozgrzać piekarnik do 200 U+2103. Dużą blachę wyłożyć solą morską tak aby powstała 1 centymetrowa warstwa. Na niej układać ryby i zasypać je w całości. Trzeba jednak pamiętać by sól nie dostała się do środka ryby. Tak przygotowane ryby pieczemy około 40 minut. Gdy już się upieką, na powierzchni ryb widoczna jest solna skamielina, która trzeba młoteczkiem ostukać i delikatnie usunąć w całości.

My podaliśmy rybę w towarzystwie liści sałaty zroszonych pysznym dressingiem miodowo - balsamicznym.

Sałata (bo bez warzyw w naszym domu się nie obejdzie):
pomysł zaczerpnięty od Patrcyji (http://truffle-in-a-rum-chocolate.blogspot.com)

Liście wybranej sałaty (my użyliśmy sałaty rzymskiej ze względu na jej kruchość)

Dressing miodowo - balsamiczny:
1/4 szkl. delikatnej oliwy z oliwek extra virgin
1 łyżeczka miodu
1 płaska łyżeczka ostrej musztardy Dijon
1 szczypta świeżo mielonego czarnego pieprzu
2 łyżeczki balsamico
1 szczypta kurkumy

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać, w podanej kolejności.
Dressing lekko zgęstnieje i zamieni się w emulsję. Polać nim sałatę tuż przed podaniem.

Oczywiście towarzyszyła nam butelka (nie jedna :)) naszego ulubionego Pinot Grigio, świetne humory owocujące niesamowitymi historiami z życia i nieprzyzwoitymi dowcipami... i czekaliśmy na miny naszych gości, które wyraźnie wydawały się zadowolone..... :)

Smacznego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...